23 marca, 2014

TO ZNÓW ON... WIDZĘ CIEMNOŚĆ

Dźwięk respiratora. Szpitalne łóżko. Lekarze. Dużo lekarzy. Kłótnia. Krzyk. Pomoc. Odliczanie. Ktoś umiera. Akcja serca zatrzymana. Ale jest jeszcze nadzieja. Właśnie: NADZIEJA- matka głupich. Bez nadziei nie jeden by źle skończył. Cisza. Nagle cichy szmer. Cichutkie bicie serca. Serca zmęczonego wieczną walką. Otwiera oczy. Uśmiecha się. Wszyscy wokół się rozpromieniają. Podają sobie ręce. Dziękują. Walka zakończona.

Ale jest jeszcze wielu cierpiących. Konających w samotności. Bez wsparcia. A jednak myślę, że ludzie biedni to najszczęśliwsi ludzie na świecie. Kochają cały świat. Bez wyjątków. Przygarną nawet psa ze złamaną nogą. Podzielą się ostatnim kawałkiem chleba. Dobroć? Tak niewiele trzeba. Wystarczy tylko chcieć. A oni chcą. Chcą kochać i żyć. Cieszyć się każdą chwilą, każdym ułamkiem sekundy. Biorą życie takim jakie jest. Prawdziwi ludzie. Takich jest mało. I będzie coraz mniej. Aż w końcu znikną. NICOŚĆ.

23:03. Zasypiam. Czuję spokój. Wewnętrzną ciszę. Niestety mój odpoczynek nie trwa zbyt długo. Powraca do mnie ten sam sen. Koszmar? Sama nie wiem jak to nazwać. Znów ta denerwująca mucha. Znowu słyszę jej brzęk. Siada mi na ramieniu. Kroki. Odwracam się. Mucha odlatuje. Ten sam scenariusz. Słyszę odgłos kroków coraz bliżej. Jeszcze chwila i pojawi się za zakrętem. Poznam jego twarz. Czuję jak ziemia lekko drży pod moimi stopami. Jak by sama się bała nadchodzącego człowieka. Nagle kroki cichną. Wychylam się delikatnie. Z przerażenia podskakuje na ławce. Widzę dłoń. Dłoń wyciągnięta ku mnie jak by mówiła: Podejdź bliżej! Nie bój się! Znam skądś tą dłoń. Ma znajomo wyrysowane żyły, długie kościste palce i coraz bardziej uporczywie przywołuje mnie do siebie. Powoli podnoszę się z ławki. Stawiam krok. Drugi. Trzeci. Mam wrażenie, że trwa to całą wieczność. Jestem już bardzo blisko. Wyciągam dłoń. Ułamek sekundy dzieli nasze palce. Podnoszę się gwałtownie z łóżka. Od mojej twarzy bije żar. Zalewa mnie fala gorąca. Słyszę przeraźliwy dźwięk syreny.
Wyglądam przez okno. Widzę wóz strażacki. Wypadam z domu na świeże powietrze. Krztuszę się spalinami. Moje oczy wędrują ku palącym się ruinom budynku. Dach spada na ściany łamiąc je w pół z przeraźliwym chrzęstem. Dookoła mnie krzyczą jacyś ludzie. Rozpacz. Cierpienie. Odchodzę kawałek, aby nie patrzeć na tą masakrę. Czuję potworny smród palących się pozostałości domu. Mdli mnie. Osuwam się na ziemię. Ostatkiem sił wspieram się na ręce. Widzę ciemność.
---------------------------------------------------------------------------------------
                                                                                                                    Milly xx


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz